niedziela, 4 lutego 2024

ULUBIONE ZAJĘCIE - PRZETWORY........................

Wiosną, latem i jesienią wiele dzieje się w ogrodzie, a tym samym powstaje wiele zdjęć. Nie mam czasu, by często pisać posty i umieszczać je na blogu. Jest też wiele pracy z gromadzeniem zapasów, by potem z łatwością po nie sięgać. W ubiegłym sezonie chyba pobiłam rekord. Kochamy swój ogród od początku jego tworzenia. Nie jest taki, o jakim marzyłam i nigdy nie będzie z prostego względu, że wiele roślin u nas nie zagrzeje długo z powodu złego podłoża. Już to przerobiliśmy. Jednak wykorzystujemy potencjał tego miejsca i cieszymy się tym, co daje nam natura. Nasz ogród jest naturalistyczny z lekką nutą uporządkowania.

Mam świadomość upływu czasu, a co za tym idzie mniej siły do pracy. Ubywa więc trochę naturalistycznej powierzchni, którą tak kochamy, bo wbrew pozorom taka uprawa jest bardziej pracochłonna. Póki co czerpiemy z niego co się da począwszy od samej wiosny. Na początek nasz mniszek:):):) jak nie skorzystać z takich darów od losu? Zaczynam więc gromadzić zapasy (bo szybko przekwita), by potem sięgnąć po nie z przyjemnością.



Mniszek lekarski ma szerokie zastosowanie. Dla mnie ważne jest to, że obniża poziom glukozy i chroni wątrobę. Są więc suszone koszyczki na herbatę.

Zakupiliśmy nawet odpowiednią suszarkę, w której można regulować temperaturę. Zioła suszy się w niższej temperaturze. Nasza poprzednia suszarka nie posiada regulacji temperatury. Suszymy w niej tylko grzyby. Korzystając z dobrodziejstwa natury, corocznie robię również syrop z kwiatów mniszka. W tym roku wyszedł mi właściwie miodzik. Niestety tak szybko "poszedł do ludzi" że nie zdążyłam zrobić mu zdjęć. Jednak mam jedno z lat poprzednich i posłużyłam się nim. W tym roku syropu było znacznie więcej, bo wybraliśmy się z mężem na wycieczkę na dosyć odległe łąki. Ten z ogrodu wysuszyłam na herbatkę. Liście z mniszka również używam w kuchni. Jest to skarbnica witamin.




Jak ja kocham ten czas, w którym Nasz Stwórca daje nam do dyspozycji tyle dobra. Wystarczy tylko po nie sięgnąć. W słoneczne  przedpołudnie, wyruszam na wycieczkę rowerową, wypryskana cudnie pachnącym olejkiem geraniowym. Nie lubią go kleszcze, a ja wkraczam na ich teren, uzbrojona tylko w nożyczki. Zaczynam zbiory moich najbardziej ulubionych kwiatów. W tym roku byłam jednak z obstawą, bo nie byłam jeszcze w formie.



Czyż one nie są piękne?. Delikatne, subtelne i takie pachnące. Trzeba je zbierać gdy świeci słoneczko, koniecznie przed południem, bo wówczas jest najwięcej cennego pyłku. Z kwiatami obchodzę się jak z jajkiem, by jak najmniej go uronić. Wędruję przy tym po lesie, słuchając śpiewu naszych braci mniejszych i jak nie kochać natury i emerytury. Po powrocie delikatnie rozkładam na białym obrusie na naszym tarasie i daję szansę wszelkim żyjątkom, by opuściły kwiaty. Bardzo lubię obcinać te drobne piękne kwiatuszki, które niebawem wylądują w garnku.
Nie będę opisywać dalszego toku tworzenia tego smakowitego syropu. Zachęcę Was jednak, że warto się pokusić, bo jest bardzo zdrowy i pyszny. My popijamy go latem podczas upałów w połączeniu z wodą, listkiem mięty, bo cytryna już jest w jego składzie. Nie zdołałam zrobić zdjęć z moich tegorocznych zapasów tego smakowitego syropu, ale było go przynajmniej dwukrotnie więcej. Zdjęcia są z przed kilku lat.













Kolejnym darem, po który corocznie,  z przyjemnością wyruszamy są sosny, a właściwie ich młode pędy. Trzeba zerwać je, kiedy nie są jeszcze w pełni rozwinięte. Mamy jednak świadomość, żeby nie ogołocić jednego drzewa (bo my zrywamy pędy z niewysokich sosen) ponieważ z dużych jest to niemożliwe. Są za wysokie.


Jaka to jest ogromna przyjemność tak spacerować po lesie, w którym w dzieciństwie i młodości przebywałam codziennie, korzystać z kąpieli leśnej, słuchać odgłosów lasu i jeszcze wrócić do domu z takim naturalnym, cudnie pachnącym skarbem. Procesu tworzenia syropu i nalewki z pędów sosny nie utrwalałam na zdjęciach, ale służę pomocą. Syrop z pędów sosny jest pomocny przy przeziębieniach i uporczywym kaszlu. Tego smaku i zapachu nie jestem Wam w stanie przekazać. Jednak polecam!!! Sprawdziliśmy. Dla dorosłych jest również nalewka, którą w całości robi mój Mąż (już specjalista w tworzeniu wspaniałych nalewek) Bardzo polecam wiosną wyprawę do lasu sosnowego i skorzystania (z umiarem) z jego bogactwa:):):)

Gdy uporałam się już z mniszkiem, bzem, sosną, rozpoczął się zbiór morwy:):):). Tak morwy pytałam kiedyś o pomoc w rozpoznaniu prezentu od ptaków tutaj. Tak, jak podejrzewałam była to morwa biała, którą zawsze chciałam mieć. 

Jestem niezmiernie wdzięczna ptakom, że podrzuciły mi taki wspaniały prezent. 


Owoce morwy są bardzo słodkie, smaczne i mogą je jeść ludzie
zmagający się z cukrzycą, a także insulinoopornością. Mają bowiem niski indeks glikemiczny. My bardzo je lubimy. W tym roku wyjątkowo zaowocowała. Nie zawsze się to zdarza, bo nie jest odporna na wiosenne przymrozki. Korzystając z obfitego urodzaju poczyniłam wiele zapasów z tych wspaniałych owoców i liści. Niestety suszonych liści nie fotografowałam. Robię sobie z nich herbatę. Produkty z morwy białej nie należą do najtańszych więc warto poświęcić trochę swojego czasu. Ja kocham robić przetwory, zbierać i suszyć zioła. Zioła to moja miłość:):):)
Oto moje przetwory. Konfitura i dżem oraz sok, który zmienił barwę, bo jest z dodatkiem owoców z czerwonej porzeczki. Jest przez to bardziej wyrazisty. Słodziutkie suszone owoce możemy zajadać do woli.


Okres dojrzewania morwy zbiega się z dojrzewaniem porzeczki czerwonej. W tym roku pokusiłam się o eksperyment i zrobiłam dżem i sok z morwy z czerwoną porzeczką. Słodka morwa i wyrazista porzeczka stworzyły wyjątkowo smaczny duet. Niestety nie mam zdjęć, bo było tylko kilka słoiczków i od razu znaleźli się chętni na ten eksperyment. Bardzo lubię dzielić się swoimi przetworami. To przecież dar, którym należy się dzielić. Uśmiech obdarowanych wynagradza pracę. 

Rosną u nas trzy krzewy porzeczki czerwonej. Każda z nich dojrzewa w troszkę innym terminie. Jest to dla nas korzystne, bo owocami cieszymy się dłużej. Bardzo lubię codziennie smakować te smaczne, zdrowe i wyraziste w smaku owoce. Zrobiłam z nich trochę przetworów. W tym roku pokusiłam się o dżem bez pestek. Smakuje wyśmienicie, jak galaretka. Obowiązkowo musi być też sok oraz chutney, który robię już od kilkunastu lat. Jest pyszny i ma wielu zwolenników, dlatego też robię zawsze więcej, by również się nim dzielić z innymi. Niestety nie mam zdjęć :(
Kiedy wiadomo już było, że nie będę obdarowana jabłkami z sadu mojej koleżanki, bo nie zawiązały się owoce, postanowiłam zrobić ocet winny z porzeczek czerwonych i białych. Są wyśmienite. Polecam!!!
Biały ocet jest mocniejszy więc używam go do potraw, a czerwony nieco łagodniejszy służy nam do sosów, które robię do sałat. Jabłkowego niestety w tym roku nie robiłam. Nie ufam sprzedającym, bo nie zawsze mówią prawdę o pochodzeniu owoców. Jeżeli nie mogę mieć ekologicznych, to zawsze można kupić gotowy ocet jabłkowy w ekologicznych sklepach.

Mamy też jeden krzew porzeczki białej. Owoce są bardziej słodkie i delikatniejsze. Jak dobrze, spacerując po ogrodzie uszczknąć co nieco.


W tym roku zrobiłam ocet winny i kilka słoiczków dżemu. Trochę też zamroziłam. W duecie z czerwonymi porzeczkami pięknie wyglądają w galaretce i innych deserach.


Bardzo lubimy agrest i przetwory z tych jakże pysznych i zdrowych owoców. Pozostał nam tylko jeden krzew na pniu i dwa malutkie jeszcze
krzewy. Zajadaliśmy się na bieżąco i trochę zamroziłam, bo jest doskonały do pleśniaka, który lubi moja rodzinka.



Myślę, że na tych przetworach dziś zakończę. Może uda mi się napisać jeszcze o innych, bo pozostało jeszcze wiele do napisania. Chciałabym jeszcze Wam napisać o kolejnej lekturze i pokazać ulubioną filiżankę. Właściwie wszystkie, które mam są ulubione, bo dostałam je od osób dla mnie ważnych.
Czekoladowa saga z historią rodzinną w tle. Intuicyjnie wybrałam tę sagę, bo kocham czekoladę i nie zawiodłam się, bo czekolada obecna jest w trzech jej tomach. Jeżeli lubicie literaturę lekką, łatwą i przyjemną, to jest dla Was. Zimą, która jest przytłaczająca jak u nas najchętniej sięgam po taką właśnie lekturę. A filiżanka - prezent od córki. Ponadczasowa, delikatna porcelana. Filiżanka przywędrowała z Francji z małego klimatycznego sklepiku z porcelaną. Idealnie pasuje do tej książki. Czekoladę do picia podawano właśnie w pięknych filiżankach. 



Po raz pierwszy udało mi się uchwycić piękny zachód słońca. Kolory trochę odbiegają od rzeczywistych ale dla mnie, fotografa amatora mogą być. Dziękuję !!! jeśli wytrwaliście do końca i Tym, którzy nie dotrwali. 

Serdecznie witam Nową Obserwującą mojego bloga. Miło mi, że jesteś:):):) Dziękuję również za Waszą obecność, komentarze. Miejcie się zdrowo!!!!


piątek, 19 stycznia 2024

KOTY W NASZYM OGRODZIE....................

Koty pojawiły się w naszym ogrodzie wiele lat temu. Pierwsza przyszła do nas kocia mama.
Dzika, wygłodniała i bardzo nieufna. Nie mogłam zostawić jej bez jedzenia. Zabrała się za nie dopiero wówczas, gdy się oddaliłam. Od tamtego razu codziennie, punktualnie między godziną piętnastą, a szesnastą pojawiała się w ogrodzie. Wówczas jeszcze oboje z M. pracowaliśmy. Gdy nadszedł okres zimowy mój M. "zbudował" prowizoryczny, ale ocieplony domek, a raczej bunkier z dwoma pomieszczeniami. Jedno na sen, a drugie, by mogła spokojnie jeść. Od razu wiedziała czemu służy i zamieszkała w nim. Trwało to tak przez kilka lat. Niestety nadal nie pozwoliła, by się do niej zbliżyć. Podczas naszych ogrodowych prac wiernie nam towarzyszyła i leżała sobie w cieniu morwy w bezpiecznej odległości. Pokochaliśmy tę wierną koteczkę. W maju 2012r zniknęła na jakiś czas. Powód był nam znany, bo wyglądała na ciężarną. Czekaliśmy, tęskniliśmy za jej obecnością, ale nie wracała, aż nagle pojawiła się z przychówkiem i to już częściowo odchowanym.
Malutki  "Tygrys"
Jego drobniutka siostra "Kurka"
Kocięta były dzikie jak ich matka. Musieliśmy się bardzo postarać i wykazaliśmy dużą cierpliwość, by je w miarę oswoić. Jaka była moja radość, kiedy po raz pierwszy wzięłam na ręce cudnego Tygrysa. Mój M. oswajał Kurkę ale niestety ona do dziś nie pozwoli się wziąć na ręce. Potrzebuje jednak, by ją głaskać najlepiej bez końca. Kiedy koteczki były malutkie zadziała się przykra rzecz. Pewnego ranka zobaczyłam naszą kruszynę ranną, częściowo bez ogonka z poturbowaną nogą. Nie mogliśmy jej zawieźć do weterynarza, bo nie pozwoliła się dotknąć. Pojechaliśmy więc bez niej. Dostaliśmy leki. Powiedział nam, żeby jej nie stresować i czekać na rezultat. "Może się wyliże" I tak się stało. Trochę jednak kuleje i nie ma ogonka. Dla nas i tak jest piękna. 
Mąż zdecydował, że dla ich wygody i bezpieczeństwa zrobimy im lokum w domku gospodarczym. Wyciął otwór w ścianie, by mogły swobodnie wchodzić, kiedy drzwi do domku będą zamknięte. Od razu pojęły o co nam chodziło. Mądre stworzenia😄





I tak koteczki rosły, psociły. To takie cudne zwierzątka i naprawdę wierne.


Rosły i bawiły się pod czujnym okiem swojej matki.




















Mój ukochany, piękny "Tygrys"

I jego siostra "Kurka"





















Ostatnie zdjęcia z matką:(:(


Już wówczas widać było, że coś jej dolega, bo ciągle była blisko nas. Ja byłam już na emeryturze i zadziwiał mnie fakt iż codziennie rano na mnie czekała. Po posiłku przez cały czas leżała w pobliżu, ale do końca nie pozwoliła się nam zbliżyć. Nie można było jej więc zawieźć do lekarza. Nie wiemy ile miała lat, ale zapewne wiele, sądząc po jej zachowaniu. Pewnego dnia po prostu na mnie nie czekała:(:(
Być może starość. Cieszy mnie jednak fakt, że przez ładnych kilka lat żyła z nami i była zaopiekowana. Zostawiła nam spadek w postaci dwójki pięknych kotów, które jak widać na zdjęciu ciągle mi towarzyszyły podczas prac.  Dozorują moją pracę:) na świeżo zaścielonej ściółce, a ja w tym czasie nadal walczę z chwastami. Tak bardzo zawsze cieszył mnie ten widok.


I stało się!! pewnego razu nasz śliczny podopieczny nie powrócił z nocnych wojaży. Czekaliśmy i tęskniliśmy za naszym przytulakiem, (którego kiedyś nawet skusiłam do tego, by trochę pobył w domu. Ale nie był z tego powodu zbyt zadowolony i po kilkunastu minutach spokojnego leżenia niestety musiałam go wypuścić w jego bezpieczne rewiry czyli na ogród). Powrócił po dwóch tygodniach. Jaka była radość, ale krótka, bo niestety był bardzo chory, ze zmiażdżonym ogonem, który był w stanie zapalnym, a on bardzo wymizerowany. Pojechaliśmy do lekarza wet. Stwierdził, że trzeba będzie operować i pozbawić go ogonka, którego już i tak właściwie nie było. Jeździliśmy codziennie przez tydzień na zastrzyki i zmianę opatrunku. Potem już my zmienialiśmy mu opatrunek i stosowaliśmy maść, którą sprowadził dla niego lekarz. Nie obiecał, że będzie dobrze. Jednak udało się. 
Był z nami jeszcze cztery lata. Niestety powtórzył się stan zapalny. Lekarz tym razem stwierdził, że pewnie nie uda się go uratować. Ponownie dostał kilka zastrzyków, maść. Niestety nie było lepiej. Gdy był już mocno  osłabiony, schował się gdzieś w swojej kryjówce. Szukałam go przez dwa dni. Po dwóch dniach powrócił, ale już tylko leżał w cieniu drzew i prosił, by go głaskać. Ja tak to zrozumiałam, bo tylko pił wodę i jadł witaminy w paście z tubki. Podnosił głowę, co oznaczało kiedyś - pogłaszcz mnie. Spędziłam z nim niemalże cały dzień. Następnego dnia już nie powrócił. Czyżby przyszedł się pożegnać??? Dobrze, że wówczas poświęciłam mu wiele czasu.                                                       Prawdziwa zima do nas nadeszła.

Jest sporo śniegu i mróz z przerwami na odwilż w ciągu dnia. Jednak śnieg okrywa rośliny i niech tak zostanie. Jest więc czas na inne zajęcia. Mój czas dzielę na książki, szydełko i haft. Kilka książek już za mną i kilka szydełkowych prac. Pokażę je w kolejnych postach. Jednak zabrałam się w pierwszej kolejności za prezent, bo zaintrygował mnie jak zwykle tytuł.
Będąc na emeryturze nauczyłam się czytać książki w towarzystwie kawy lub herbaty. Słodkości raczej rzadko. Pisałam w poprzednim poście o mojej miłości do filiżanek. Kawę pijam w filiżankach. Pokazana na zdjęciu była wyprodukowana w Zakładach Ceramicznych w Bolesławcu w latach siedemdziesiątych, gdzie zatrudniony był wujek mojego męża. Dostaliśmy w prezencie komplet, ale pozostały tylko trzy. Zawsze je bardzo lubiłam za nieco odmienny, mój ulubiony kolor. Zdjęcie nie oddaje delikatności tej osobliwej ceramiki. Rzadko je używam, by pozostały jak najdłużej w naszej maleńkiej rodzince. 

Jeszcze kilka zdjęć naszych podopiecznych. 
Bez naszej pomocy byłoby im trudno przetrwać zimę. Codzienny, poranny widok z okna na ptaszęta.













Dziękuję za wizyty i komentarze. Mam nadzieję, że macie się dobrze i tego Wam serdecznie życzę.